Słupia 1997
 
  1. kajak: Ania (Klasyczna) + Misiak
  2. kajak: Madzia + Cypis
  3. kajak: Monika + Shuya
  4. kajak: Biały + Iskra

To był spływ... Mały kajakarski Camel Trophy. Kolega Iskra podsumował naszą wyprawę podczas już drugiego dnia spływu - taaakkk. - klub kajakowy CZUBEK. Przygoda miała miejsce na przełomie pierwszej i drugiej dekady lipca 1997 r. Trasa liczy:
ok. 123 km (począwszy do jez. Gowidlińskiego w Gowidlinie)
ok. 111 km (od miejsca, gdzie zaczęliśmy spływ, pom. Sulęczynem a Parchowem)
ok. 65 km (od miejsca naszego startu do leśniczówki Łysomiczki; z tego przepłynęliśmy ok. 43 km, a przejechaliśmy lądem ok. 12 km)
Woda jest czysta, gdyż jedynym miastem w biegu Słupi jest Słupsk i to dopiero pod koniec trasy. Rzeka płynie przez piękne lasy położone w Parku Krajobrazowym "Dolina Słupi".
Na rzece leży kilka w miarę równolegle rozłożonych jezior (Żukowskie, Głębokie, Konradowo, Krzynia). Spływ, przede wszystkim w swojej pierwszej połowie tj. do wsi Gałęźnia był bardzo męczący i uciążliwy, a rzeka sprawiała wiele kłopotu. W sytuacji, gdy przeciętnie na innych rzekach dziennie robiliśmy bez problemu 15-20 km, to tu przez pierwsze trzy dni sukcesem było 5-10 km. Składało się na to przede wszystkim bardzo dużo zwalonych drzew, gałęzi i krzaków, wymagających nie tylko opływania, ale bardzo często wyrąbywania, a także wiele płycizn, gdzie koniecznym było wielokrotne wysiadanie z kajaka i to wręcz obu osób. Już najmniej z tego wszystkiego było po drodze kamieni. Mielizny często przechodziły niespodziewanie w głębie tak, że prowadząc kajak wpadało się nagle po pas w wodę.
Niemniej jednak, już po spływie przyszła duża satysfakcja z pokonania tej najdzikszej z naszych rzek, która dostarczyła wiele wrażeń. W jej trakcie udało nam się spotkać na wyciągnięcie ręki (dosłownie!) czarnego bociana (niestety, niewykluczone, że biedak miał złamane skrzydło i to była główna przyczyna spotkania).
Zupełnie oddzielna historia na tym spływie to przenoski. Pominę tu wielokrotne konieczności przeciskania kajaka pod pniem lub przenoszenia go nad wpół zatopionym drzewem itp. Na trasie są co najmniej cztery przenoski (mam nadzieję, że pamiętam dobrze), a dwie z nich wymagały udziału traktora z przyczepą (przynajmniej w naszym wypadku); jedna była krótka i łatwa. Opiszę je bliżej przy charakterystyce etapów.
Infrastruktura biwakowa istnieje właściwie tylko w dolnym biegu, poniżej wsi Gałęźnia Mała. Wcześniej zorganizowanych miejsc biwakowych nie ma. Wiąże się to bez wątpienia z dzikością rzeki, która ze względu na swój charakter (oby taki pozostał) gości bardzo mało turystów (przynajmniej kajakowych). Niech za komentarz wystarczy, iż przez tydzień spotkaliśmy poza nami jednego (!) kajakarza. A był to środek upalnego lipca (notabene, akurat w tym samym czasie 1/3 Polski tonęła pod wodą w czasie sławetnej powodzi 1997 roku, o czym dowiedzieliśmy się dopiero na dworcu w Słupsku; tymczasem w czasie naszego spływania prawie nie padało.
Jeśli chodzi o początek spływu to właściwie istnieją dwa podstawowe warianty:
dla tych którzy chcą minimum uciążliwości (relatywnie) - proponuję zacząć od wspomnianej wsi Gałąśnia Mała i dopłynąć do Słupska (ewentualnie dalej do Ustki)
dla tych, którzy lubią być "twardzielami"- tu sugerowałbym start w okolicach Sulęczyna lub we wsi Soszyca.
Koniec, jak zawsze, wg indywidualnych potrzeb i uznania. Nadaje się do tego małe pole biwakowe przy leśniczówce £ysomiczki, na drodze z Dębnicy Kaszubskiej do Podwilczyna (myśmy tu skończyli), ale można skończyć w Słupsku, albo nawet w Bałtyku w Ustce.

Dzień pierwszy
Okolice Sulęczyna - Nowe Pole - jez. Żukowskie (ok.7 km);
Na miejsce startu wybraliśmy łąkę koło mostu położonego na leśnej drodze. Na drogę tą zjeżdża się w prawo mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Sulęczynem a Parchowem (ok. 1-1,5 km za stacją benzynową Rafinerii Gdańskiej), przy starym kamiennym drogowskazie. Obok stoi samotne
Płycizny pierwszego dnia
gospodarstwo, a więc nocleg prawdopodobnie wymaga zgody mieszkających tam ludzi. Start z Sulęczyna lub wyżej (z jez. Gowidlińskiego) sprowadzi się praktycznie do spływu górskiego (o ile głębokość rzeki w ogóle pozwoli spływać), a dla kajaków składanych będzie to "ostatnia droga". Już po paru metrach musieliśmy wyskakiwać z kajaków i ciągnąć je, gdyż płycizny uniemożliwiały normalny spływ, a co krótki odstęp czasu trafialiśmy na zwalone drzewo. Dalej jakoś dopłynęliśmy do jez. Żukowskiego, gdzie m.in. napotkaliśmy dzika hodowanego w zagrodzie :)) Na tym krótkim odcinku Madzia i Cypis złapali sympatyczną dziurę. Nocowaliśmy tuż przy wypływie Słupi z jeziora, przy mostku po lewej stronie na terenie prywatnym. Właścicielem był bardzo charakterystyczny podówczas człowiek przez to, że miał złamaną prawą rękę i jeździł nawalony jak bąk maluchem cały czas na pierwszym biegu. Kiedy się zbliżał był słyszalny od dobrego kilometra.

Dzień drugi
jez. Żukowskie - okolice leśniczówki Gołębia Góra (ok.13 km);
Po jakimś kilometrze od wypłynięcia z jeziora Żukowskiego dopłynęliśmy do miejscowości Młynki gdzie jest tama i zaczyna się betonowy kanał doprowadzający wodę do elektrowni. W tym miejscu niestety musieliśmy wyskoczyć z kajaków i pomyśleć co dalej gdyż z naszej cudownej mapy wynikało, że możemy śmiało dopłynąć do samej elektrowni. A tu niestety pojawiła się tama z przepustami i ogrodzenie z siatki którą raczej trudno było sforsować. Na całe szczęście właściciel stojącego obok gospodarstwa za kilka piw zgodził się przetransportować nasze cztery kajaki. I tak - jak się okazało potem - nasz spływ trwale przekształcił się w spływo-zjazd. Traktorem z rozpadającą się 70 letnią przyczepą przewieźliśmy się do mostu w miejscowości Soszyca (również tu można
Pakowanie na j. Żukowskim
zacząć spływ). W Soszycy też czekała na nas niespodzianka, zaraz za mostem okazało się, że w wodzie są pozostałości po poprzednim moście przesuniętym poprzednio nieco w dół rzeki i musieliśmy przeprowadzać nasze leciwe składaki przez niezłe bystrze . Naprawdę nurt w tym miejscy jest bardzo mocny i Iskra mało nie złamał sobie ręki bo noga utknęła mu między kamieniami pod wodą, a ręka którą trzymał kajak zakleszczyła się między rufą a sterem. Na szczęście nic oprócz paru zadrapań i siniaków się nie stało.
Dalej trasa wiedzie przez najdziksze fragmenty rzeki, pe³ne zwalonych drzew, ga³êzi, zakrêtów. Po
W drogę dnia drugiego
jednej i drugiej stronie znajduje się kilka rezerwatów przyrody. To tutaj, ciągnąć z powodu małej głębokości kajaki, wyszliśmy z zza zakrętu i spotkaliśmy się oko w oko ze wspomnianym czarnym bocianem. Biedak musiał być straszliwie przestraszony, co zresztą było widać.. Tutaj też w końcu Iskra z Białym rozwalili kajak, dziurawiąc go. Trzeba było przez to lądować w parszywym miejscu (podmokłym) i wynosić kajaki z dobre 150 m od brzegu, na znacznie wyżej położony, ale za to suchy teren. Nastroje po tym etapie były parszywe, gdyż nikt się nie spodziewał takiej "Amazonki", a i pogoda jeszcze się nie zdeklarowała czy będzie padać, czy przygrzewać słońcem. Pamiętam nawet głosy żebyśmy wracali, dawaliśmy sobie jeszcze jeden dzień takiego konga i jak się nie poprawi to bunt.

Dzień trzeci
Leśniczówka Gołębia Góra - zalew Bytowa (ok.9 km);
Etap bez zmian tj. dalsze użeranie się z rzeką, ale dzicz jest mimo wszystko genialna, ani śladu
Nocleg awaryjny Gołębia Góra
człowieka.... Odcinek dający mocno w kość. Na tym odcinku utopiliśmy siekierę w czasie walki z jednym z tarasujących drogę drzew - padł słynny w klubie tekst Białego - porada - "szukajcie tam gdzie spadło".
Po jakiś 5 km dopływa się do rozjazdu; płynąc prosto można dotrzeć do jeziora Głębokiego, nad którym wg mapy na płn. brzegu leży czynny latem kemping (nie wiedziałem, więc nie jest to informacja pewna). Myśmy zaś skręcili w lewo i po niecałym kilometrze wpłynęliśmy na piękne rozlewisko Słupi, zwane na niektórych mapach jez. Bytów. Bardzo śliczne to miejsce i wreszcie pozwala trochę odpocząć od wcześniejszej mordęgi. Rozlewisko ciągnie się w kierunku południowo-zachodnim, potem południowym, by skręcić w końcu na wschód. Na nocleg znaleźliśmy urocze miejsce biwakowe po prawej stronie, jakieś 200 metrów przed skrętem rozlewiska na wschód. Naprawdę miejsce to dało nam wiarę, że będzie lepiej. Idealne miejsce do kąpieli. W pobliżu była leśna droga, ale nie spenetrowaliśmy jej biegu.

Dzień czwarty
Zalew Bytowa - Gałęźnia Mała (ok.20 km - teoretycznie !!!);
Po ciężkim dniu
Zapakowaliśmy rano kajaki, wsiedliśmy i .... wysiedliśmy po 200 m. Okazało się, że rozlewisko rzeki powstało w wyniku postawienia tamy wodnej (o której nic nie wiedzieliśmy, gdyż przed spływem nie mieliśmy prawie żadnych informacji o rzece). Z mapy z resztą wynikało, że nie ma tam żadnej tamy, a rzeka płynie sobie swobodnie dalej. Szkoda również, że nikomu nie chciało się ruszyć tyłka na wspomnianej drodze przy naszym obozowisku, gdyż oszczędzilibyśmy sobie dużo czasu i roboty,
Nikt nie spodziewa się większej przewózki
bo szlak prowadził właśnie do tamy.
Sama tama, to jednak pół biedy. Z wyglądu można było przypuszczać, że nie ruszano jej przynajmniej z 20 lat. Najgorzej, że rzeka za nią była totalnie zarośnięta i nie ma praktycznie możliwości zwodowania kajaków. Tak jest przynajmniej do wsi Krosnowo tj. przez około 1,5 kilometra. Z uwagi na to, że gonił nas trochę czas i nie mogliśmy go marnować na poszukiwanie na piechotę miejsca wodowania za Krosnowem (chodź i tak spróbowaliśmy, ale w bardzo ograniczonym zakresie i bez skutku błądząc po okolicznych lasach. Już żeśmy słyszeli plusk wody ale niestety nie udało się znaleźć niczego poza strumyczkiem, w którym z trudem pływała by żaba), a w dodatku informacje tubylców, co do możliwości spływania pomiędzy Krosnowem a Gałęźnią były totalnie sprzeczne, zdecydowaliśmy się znowu skorzystać z pomocy miejscowych rolników i ich traktorów. Były jednak akurat żniwa i zanim w końcu prawie siłą zmusiliśmy jednego z gospodarzy do pomocy minął łącznie prawie cały dzień.
Koniec końców ok. 17.00 wyładowaliśmy kajaki, toboły i siebie z ciągnika URSUS ileś tam i
No i jest przewózka
przyczepy we wsi Gałęźnia Mała, przy moście drogowym. Rzeka jest w tym miejscu dość szeroka (jakieś 10 m) płytka, a dno jest kamieniste i mocno zasyfione przez okoliczną ludność, która chyba sobie z tego fragmentu rzeki zrobiła śmietnik na opony, puszki itp. Obok na brzegu są duże polany, na których można rozbić namioty. Ponieważ jednak realnym stawało się, że będziemy główną atrakcją wieczoru dla miejscowych, szybko się spakowaliśmy i ruszyliśmy dalej, bo wg mapki, kawałek dalej miało być zorganizowane miejsce biwakowe. I faktycznie było, tyle że kilkadziesiąt metrów przed nim leżało zwalone w poprzek nurtu drzewo, połową pnia wystające do góry, a brzeg po obu stronach niemal wykluczał możliwość obejścia... Opatrzność jednak czuwała, bo łażąc po drzewie
Małe bystrze
zauważyliśmy z Szują, że stopniowo coraz bardziej się zatapia, w związku z czym pomogliśmy mu, co w końcu umożliwiło przepchnięcie kajaków nad podtopionym drzewem. Inna teoria głosi, że owe drzewo wcale się nie zagłębiało co raz niżej w wodę lecz o dziwo przybywało wody. Poparcie tej teorii rozwinę później. Należy też uważać na odcinku od mostu do rzeczonego pola biwakowego. W wodzie znajdują się zupełnie nie wiadomo skąd pnie drzew z wystającymi ostrymi konarami. Na jeden taki konar wpadliśmy naszym Neptunem i połamaliśmy w drzazgi wzdłużnicę tuż przy dnie kajaka. Na szczęście nie przebiliśmy poszycia w przeciwnym razie ciężko by wyławiało się sprzęt z wody bo nurt był szybki, rzeka dość głęboka, a brzegi strome i niedostępne. Przenocowaliśmy wreszcie na wspomnianym biwaku. Tutaj tez minął nas jedyny kajakarz na całym spływie (o ile nie była to zjawa).

Uzasadnienie teorii podniesienia się wody w rzece.
Podczas naszego pobytu na polu w Gałęźni miał miejsce pewien zadziwiający fakt. Zaraz po wyciągnięciu kajaków na brzeg i rozbiciu namiotów zanieśliśmy nasze zapasy browca na brzeg rzeki
Zalew Bytowa
aby je schłodzić. Położyliśmy butelki w rzędzie w wodzie tak aby były kompletnie zakryte. Następnie rozpaliliśmy ognisko, przyrządziliśmy i zjedliśmy obiado-kolację. Zasiedliśmy w końcu do ognia i rozpoczęliśmy tradycyjną wieczorną pogawędkę z piwem i gitarą. Iskra poszedł po piwo. Przyniósł kilka butelek i powiedział - "Cypis ale te piwa to trzeba było włożyć do wody, a nie kłaść na brzegu, tak to one się nigdy nie schłodzą". Oczywiście zaprotestowałem, przecież włożyliśmy je do wody. "No to chodźmy zobaczyć". Gdy podeszliśmy do brzegu oczom naszym ukazał się dziwny widok. Wszystkie butelki piwa leżały na brzegu w rzędzie - prawie suche, a linia wody była o jakieś 30-40 cm poniżej. Wówczas zauważyliśmy, że w istocie poziom rzeki opadł mocno w dół. Oczywiście śmialiśmy się z tego cały
Granie i śpiewanie nad zalewem
wieczór. Powodem takiego wahania stanu rzeki jest najprawdopodobniej elektrownia w Gałęźni. Widocznie w określonych godzinach ze zbiorników jest spuszczana woda do rzeki i wówczas jej poziom podnosi się na krotki czas. Prawdopodobnie dlatego też udało nam się przerzucić kajaki przez opisywane wcześniej drzewo.

Dzień piąty
Gałęźnia Mała - leśniczówka Łysomiczki (ok.16 km);
Etap łatwy (choć z dwiema przenoskami), a jednak w niewiadomy sposób Cypis z Magdą zdołali się
Jez. Konradowo
wywalić. Chwila nieuwagi na - wydawało by się prostej - przeszkodzie i pływamy...Wszystko przez gałąź - mieliśmy do wyboru: albo się na nią nadziać albo się jej złapać. Złapaliśmy się jej ale kajak zrobił swoje i uciekł nam spod tyłków. Na szczęście obyło się bez większych strat jedynie utopił się trampek, a rzeka chyba się zemściła, że dała się pokonać w górnym biegu.
Pierwsze jezioro to Konradowo: ładne, otoczone uroczym lasem. W jego końcowej części rzecz wspaniała; wyspa mniej więcej 5 metrów na 10, z dwoma czy trzema drzewami, z ostro urwanym brzegiem na wysokość jakichś 30-40 cm nad poziom wody. Jest miejsce na jakieś 2-3 namiotów (ale wtedy nie zostaje już na nic więcej). Jakiegoś ataku śmiechu tam dostaliśmy wszyscy, ale niestety
Przeszkody na Słupi
nie mogliśmy zostać...Wypiliśmy też romantycznie po kubku kawy.
Za jeziorem kanał ok. 1 km długości i mała elektrownia wodna. Przenoska ok. 200 m, po prawej stronie. Dalej po drodze przepływaliśmy przez bardzo tajemnicze i mroczne bagna, które w słońcu wydawały się niepozorne ale po zmroku nie chciał bym się tam znaleźć. Dodają one pewnego smaczku całej rzece. Dopłynęliśmy do jez. Krzynia, na końcu którego znajduje się wioska Krzynia z ośrodkiem wczasowym (można zrobić zakupy i wszamać coś ciepłego). Pamiętam, że przepłynięcie przez to
Misiak i Shuya
jezioro wszystkich porządnie zmęczyło. Albo dlatego, że wiał nam wiatr w twarz albo byliśmy już mocno wycieńczeni. Tutaj druga przenoska, również przy elektrowni wodnej, po lewej stronie, też jakieś 150-200 m.
Dalej rzeka wiedzie trasą pośród łąk, szeroko na 5-6 m, nie prowokując większych przeszkód, choć dość mocno meandruje. Dopiero pod koniec rzeka znów chowa się w las. Cypis zgubił tutaj swój brązowy kapelusz, taki jak nosił Włóczykij w "Muminkach". Jakby ktoś go znalazł, to niech da znać :)) Na tym odcinku rzeki zaczyna się tzw. "wietnamka". Tuż przy brzegu wyrastają małe krzewo-drzewa o dość gęstych gałęziach, które potrafią zagrodzić całkowicie przepłynięcie. Nurt rzeki też nie należy do leniwych . Parokrotnie obróciło nam kajak właśnie na takich przeszkodach, a Szuja
"Szukajcie tam, gdzie spadła!"
nawet utknął na dłużej gdy właśnie jedno takie ścierwiaste ni to drzewo zaczepiło się o ster i nie chciało go puścić.
Nocleg na małym polu biwakowym (chyba bezpłatnym) przy moście drogowym na trasie z Dębnicy Kaszubskiej do £ysomic i Podwilczyna. Obok jest leśniczówka i nadleśnictwo Dębnica Kaszubska, z których można ewentualnie wziąć wodę kranówę. Można też iść na piechotę do Dębnicy (jakieś 40 minut spaceru), która jest dużą miejscowością, nie ograniczającą się tylko do sklepów spożywczych. Jest tam też interesujący architektonicznie kościół. Nie chcę natomiast urazić szlachetnych Dębniczan, ale doszły nas słuchy (nie wiem na ile prawdziwe), że miejscowa młodzież (zwłaszcza ta bardziej wyrośnięta) miała ochotę na nocne odwiedziny naszego pola. Na szczęście mocna ekipa wysłana na zwiady (po piwo) do wioseczki spoiła alkoholem co bardziej krewką młodzież, tak, że tamta nie mogła się za bardzo ruszać. Dzięki poświęceniu naszych antybohaterów reszta spływu mogła spać spokojnie.

Na tym polu zakończyliśmy nasz spływ, gdyż dysponowaliśmy własnym transportem samochodowym. Dalsza trasa to:
Łysomiczki - Słupsk (ok.20 km)
Słupsk - Ustka (ok.26 cm)
Cytat spływu: Szukajcie tam, gdzie wpadła. [o próbach odzyskania utopionej w czasie torowania trasy siekiery] - autor: oczywiście Biały, stojąc po pas w wodzie i przytrzymując kajaki i Panie w kajakach aby nie odpłynęły bez nas.