Wel 2010 - piąty jubileuszowy Spływ Pedalski *
 
--------------------------
* pedalski – według naszych żon i kochanek

Pięć lat temu była Parsęta, następnie Biała - Czernica, Słupia, Wieprza i w tym roku przyszedł czas na Wel. Tylko Shuya i Cypis i trzy dni świeżego powietrza, czystej wody, pięknych krajobrazów i męskich rozmów.
Termin 20.05 - 23.05.2010

  1. Cypis
  2. Shuya

zdjęcia
by Shuja
by Cypis

czwartek, 20.05.2010
Plan mamy następujący: spotykamy się w Nowym Mieście Lubawskim późnym wieczorem, nocujemy na stanicy kajakowej na terenie MOSiRu w Nowym Mieście a rano Pan Adam Kopiczyński lokalny "Przedsiębiorca Kajakowy" www.splywydrweca.pl transportuje nas do Tarczyn nad jez. Grądy. Jednak plany zmieniają się na bieżąco, a że dojeżdżam wcześniej, niż zamierzałem, możemy już pierwszego wieczora przewieść się na start zostawiając samochody na parkingu pod hotelem na terenie MOSiRu. Pan Adam, miły i kompetentny człowiek, wioząc nas na start przedłuża naszą podróż, byle jak najdłużej prowadzić nasze kajakowe rozmowy i poleca jako miejsce startu piękne miejsce w Werach nad jez. Tarczyńskim ponad 2 km powyżej miejsca planowanego startu. Miejsce bardzo ładne, rozbijamy się po ciemku, rozpalamy małe ognisko i przy piwku i księżycu prowadzimy nasze męskie rozmowy...

piątek, 21.05.2010
Zaczynam od znalezienia mojej czarnej czapeczki, którą zgubiłem poprzedniego wieczora przy poszukiwaniu drewna. Słońce świeci, ciepło. Śniadanie na świeżym powietrzu, za stół służy nam tradycyjnie odwrócony kajak. Przy pakowaniu okazuje się, że przez noc w moim kajaku mrówki postanowiły urządzić sobie mrowisko. Naznosiły nawet jaja. No, w takim towarzystwie to ja płynąć nie będę! Kajak do wody, ja do wody i płukanie. I aż do skutku. Przynajmniej porządnie kajak sobie wymyłem.
Najpierw pokonujemy jez. Tarczyńskie, następnie bardzo malowniczym łącznikiem wpływamy na jez. Grądy. Wydaje się, że na nim nie znaleźlibyśmy tak malowniczego miejsca, jak to, na którym nocowaliśmy. Większość jeziora dryfujemy rozkoszując się chwilą i smakiem chłodnego piwa. Za jeziorem kolejny rzeczny łącznik i kolejne jezioro. Wpływamy na bardzo malowniczy leśny odcinek, gdzie rzeka płynie długimi prostymi a prąd dość szybko niesie kajaki. Po drodze robimy krótką przerwę, jednak komary zmuszają nas do szybkiego odpłynięcia. Na wysokości miejscowości Koty wypływamy z lasu, tu krótki odcinek łąkowy i powrotem do lasu, tym razem rzeka przyśpiesza, więcej przeszkód. Na wysokości Ciborza mijamy pod mostami 3 bystrza. W Ciborzu między bystrzami po prawej prywatne miejsce biwakowe z prysznicami, jedno z nielicznych, które spotkaliśmy na szlaku Welu.
Za Ciborzem przerwa, następnie wpływamy w bardzo malowniczy odcinek między wysokimi skarpami, nie odnajdujemy jednej z zapowiedzianej przenoski (Jamielnik) i powoli dopływamy do Lidzbarka. Płynąc przez miasto mijamy liczne mosty, bystrze, ciekawe sklepy i bary, jednak planujemy postój w barze na przenosce. Jednak gdy tam dopływamy, bar okazuje się niestety zamknięty. Przenosimy się i płyniemy dalej. Na odcinku do jez. Lidzbarskiego rzeka bardzo kręci, przepływamy kilkaset metrów jeziora, wpływamy do rzeki i jesteśmy po drugiej stronie domu, który mijaliśmy pół godziny wcześniej. Zaczynamy szukać miejsca na nocleg. Znajdujemy wkrótce na prawym brzegu, na łączce przy rzece. Przepłynęliśmy 28 km, 1 przenoska.
Stawiamy namiot, zbieramy drewno na ognisko. Dziś Cypis jest szefem kuchni, a szef dziś poleca flaczki z serem. Pychotka! Gdy komary nie dają nam już żyć, palimy ognisko, zasiadamy na sqr***łych krzesełkach i wspominamy minione spływy. Pomiędzy jedną a drugą kiełbą zaczyna kropić, lecz deszcz widząc naszą determinację odpuszcza szybko i nie śmie nam już więcej przeszkadzać! Cypis wspomnienia spływowe kończy wywodem o przemyśle drzewnym dając tym sygnał do udania się na spoczynek.

sobota, 22.05.2010
W nocy mocno popadało, za to od rana pięknie, słonecznie, ciepło. Śniadanie na stole z kajaka, poranne piwko, następnie wyjątkowe pakowanie, bo dziś wyjątkowo trudne odcinki. Początkowe 2 km do Kurojad bardzo malownicze, leśne i łąkowe. Rzeka zwalnia i mamy dziś pierwszą przenoskę. Przy świecącym słońcu spada kilka pojedynczych kropel deszczu. Komary są tak zdesperowane, że kłują nawet kajak. Szybko ruszamy dalej i niebawem dopływamy do jazu w Chełstach. Okazuje się, że sklep przy moście jest zamknięty, decyduję się na skok, pomimo, że w przewodnikach radzą obnoszenie. Pokonuję przeszkodę bez problemów, Cypisowi nie pozostaje więc nic innego jak również skoczyć. Brawo! Płyniemy dalej długim i silnym bystrzem. Po pewnym czasie rzeka się uspokaja ale wiemy, że jest to cisza przed burzą. Dopływamy do rezerwatu "Piekiełko".
Zaczyna się przełomowy odcinek rzeki, typowo górski o spadku dochodzącym do 4% i prędkości nurtu do 5 km/godz. A do tego kamienie, zwalone drzewa, zakręty. Trzeba być czujnym jak spławik. Na chwile odpoczynku znajdujemy cofki. Cypis dzięki silnemu podparciu ratuje się przed wywrotką. Po 20 minutach rzeka zwalnia i tutaj ja o mało nie łapię wywrotki. Dekoncentracja, co z tego jak pokonało się piekiełko, skoro można wywalić się na głupim patyku. Rzeka karze pychę!
Po kolejnej nieuciążliwej przenosce dopływamy do mostu w Trzcinie i tam robimy przerwę na zaopatrzenie. Płyniemy dalej malowniczym odcinkiem rzeki wśród łąk pomiędzy pagórkami. Dopływamy do elektrowni w Lorkach, gdzie rzeka dalej płynie starym korytem, prawie pozbawionym wody a my przerzucamy się na nowe koryto, rzekę Bałwankę. Za mostem wpływamy na pierwsze jezioro, zupełnie pomijane w opisach i na mapach. Nawet dla niektórych urzędników ono nie istnieje. Kolejne jez. Fabryczne pokonujemy przy prawym brzegu poszukując podobno ukrytego w trzcinach wypływu. Jest on jednak dobrze widoczny i nie trzeba go jakoś specjalnie szukać. Zaczynamy za to szukać miejsca na nocleg. Płyniemy bardzo malowniczym odcinkiem w tunelu z drzew pomiędzy bardzo wysokimi skarpami. Sporo przeszkód w wodzie. Cudnie. Znajdujemy miejsce przy byłym moście ok. 200 m przed ujściem Bałwanki do starorzecza. Przepływamy 21 km, 3 przenoski.
Obóz rozbijamy na skraju lasu z widokiem na piękną dolinę starorzecza. Komary, muchy, kleszcze. Dzisiaj ja jestem szefem kuchni. Mamy makaron w sosie bolońskim z klopsikami. Biwakowy rarytas. Tymczasem na niebie zaczyna przybywać czarnych chmur. Zrywa się wiatr. Nadchodzi burza. Szykujemy się na najgorsze, jednak spadają nam na głowy tylko nieliczne krople deszczu. Burza przechodzi gdzieś bokiem. A my resztę wieczora spędzamy przy ognisku.

niedziela, 23.05.2010
Od rana słońce, ciepło. Po śniadaniu pakujemy się i już ostatni dzień na wodzie. Po kilkuset metrach Bałwanka wpada do Welu, choć wygląda to odwrotnie, bo Bałwanka jest tu szersza i szybciej płynie. Rzeka ma tu charakter łąkowy, płynie meandrami pomiędzy malowniczymi pagórkami. Jednak w Kuligach niespodziewana przeszkoda i obowiązkowa przenoska. Most drogowy jest w remoncie a na rzece zbudowano most pontonowy. Wkrótce rzeka przyspiesza, pojawiają się głazy oraz zwałki. Jednak im bliżej Kaczków, tym mniej przeszkód i woda wolniejsza. Na jazie bardzo niedogodna przenoska. Należy przenosić kajaki na lewy kanał, na końcu prawego znajduje się jeszcze jeden jaz! Niestety, choć przenoska na lewy kanał jest krótka, to wejście do wody niedogodne. Po kilku minutach dopływamy do miejscowości Bratian. Czeka nas tu jeszcze przenoska przy dużej elektrowni lewą stroną i po chwili wpływamy na Drwęcę. Rzeka pięknie niesie, jednak strasznie kręci. Ostatnie 6 km pokonujemy w 40 minut. Przepływamy przez całe Nowe Miasto i tuż przed nieczynnym mostem kolejowym wpływamy do przystani MOSiRu. Przepływamy 19 km, 3 przenoski.

Podsumowanie:
W trzy dni przepływamy 68 km, pokonujemy jaz w Chełstach, „Piekiełko”, liczne bystrza i zwałki. Spędzamy 3 dni na obcowaniu z naturą i 3 noce na męskich rozmowach. Było świetnie i tylko szkoda, że do następnego takiego wyjazdu cały rok muszę czekać…